Malowniczo, nieziemsko, tajemniczo, nieprzewidywalnie… tak w skrócie określić można jeden z piękniejszych trekkingów w naszym życiu. Jeśli nie lubisz monotonii na szlaku i z ciekawością wypatrujesz, co kryje się za kolejnym pagórkiem, jeśli w ciągu kilku dni chcesz doświadczyć wszystkich pór roku równocześnie, napawając się widokami zmiennymi jak w kalejdoskopie – szlak Laugavegur to absolutny must-do-visit-and-see w trakcie wyprawy na Islandię.

Naszą wędrówkę postanowiliśmy rozpocząć tradycyjnie, w Landmannalaugar i po 55 km zakończyć ją w Þórsmörk. Samo dotarcie do punktu startu okazało się nie lada wyzwaniem, jako że do pokonania autostopem  mieliśmy ok. 160 km po niezwykle rzadko uczęszczanych drogach. Ring Road przy tym  okazał się  prawdziwą drogową arterią, gdzie podróżowanie na stopa nie stanowiło absolutnie żadnego problemu podczas naszej dwutygodniowej wyprawy do kraju trolli i elfów. Na dotarcie do Landmannalaugar niestety musieliśmy przeznaczyć cały dzień.

Landmannalaugar w wolnym tłumaczeniu znaczy baseny ludu. Kiedy udało nam się już dotrzeć na miejsce, po szybkim posiłku, nie było innej opcji jak wskoczyć do jednego z najpopularniejszych gorących źródeł w tamtym rejonie. Nie ma nic przyjemniejszego od zanurzenia się w naturalnej wannie z wodą o temperaturze ok. 40 stopni w otoczeniu zjawiskowych gór. Nie liczy się hulający dookoła wiatr ani siąpiący w oczy deszcz, w tym momencie czujesz w 100%, że jesteś tu, na Islandii, w często określanej przez nas „księżycowej krainie”.

[Kliknij w zdjęcie aby zobaczyć je w lepszej jakości]

 

Rozleniwienie, w jakie wprawiła nas ta kąpiel, sprawiło, że totalnie straciliśmy poczucie czasu. Na zegarku już 21, a my chcemy jeszcze tego dnia wyjść na szlak, aby móc spędzić noc sam na sam z górami. Tylko góry, nasz namiot i my… no może nie do końca, ale o tym za chwilę. Na szczęście dla nas, latem na Islandii dni są długie, dzięki czemu rozbijanie się przed północą nie stanowi większego problemu.

 

 

 

Pierwsze kilometry przemierzamy przez pola lawowe, krajobraz magiczny, wokół roztaczają się pokryte śniegiem malownicze góry i niesamowite formacje z lawy. Szlak nie jest wymagający i raczej nie będzie do samego końca. Wędrują po nim starsi, jak i młodsi, a także rodziny z dziećmi. Po niespełna dwóch godzinach znajdujemy idealne miejsce na noc. Rozbijamy się na wszędobylskim mchu, otoczeni skałami lawowymi, pod którymi swoje domy MOGĄ mieć… elfy. Tak, historii o tzw. hidden people nie da się nie słyszeć w trakcie pobytu na Islandii. Islandczycy zdają się autentycznie w nie wierzyć. Nie sposób nie usłyszeć opowieści, jak to w trakcie poszerzania drogi prowadzącej do Reykjaviku okazało się, że będzie ona przechodzić przez dom (czyt. ogromny kamień) elfów. Na Islandii nie dziwi fakt, iż budowlańcy zmuszeni byli w delikatny sposób (po „negocjacjach” z elfami) przenieść głaz w inne miejsce, a konkretnie do stolicy kraju, gdzie stoi po dziś dzień 🙂 Trzeba przyznać, że Islandia jest niezwykle ciekawym krajem, z licznymi anegdotami charakteryzującymi jej mieszkańców i ich obyczaje. Wiele z nich można poznać w trakcie Free Guided Tour w Reykjaviku, który szczerze polecamy! Pisaliśmy o nim tutaj.

 

 

Ale wróćmy do naszego trekkingu. Pierwsza noc – spędzona wśród elfów. Przed przylotem na Islandię opowieści o zjawiskach nadprzyrodzonych wywoływały niedowierzanie i co najwyżej uśmiech na naszych twarzach. W trakcie naszego pobytu na wyspie, co chwilę słyszeliśmy opowieści o ukrytych ludziach. Wiarygodnie brzmiące w ustach Islandczyków sprawiły, że sami zaczęliśmy w nie wierzyć i nieraz złapaliśmy się na tym, że we wszechobecnych lawowych rzeźbach widzieliśmy postaci trolli 🙂 Tej nocy dziwnie brzmiące odgłosy dochodzące spoza namiotu przywoływały tylko jedną myśl: chyba zajęliśmy czyjeś terytorium…. 🙂 Do dzisiaj nie wiemy, kto nam towarzyszył tej nocy i niech to zostanie naszą słodką, islandzką tajemnicą 😉

 

Kolejnego dnia otaczają nas ciepłe barwy ryolitowych gór zwanych „Tęczowymi Wzgórzami”. Dookoła feeria barw – widok nieziemski! Pomarańczowo-żółto-brązowe szczyty, gdzieniegdzie śnieżne połacie, a między nimi solfatary, czyli gorące wyziewy z wnętrza ziemi i błotne kociołki, wszystko to ciągnące się aż po horyzont – po prostu islandzka bajka, z której nie chce się wracać. Brodząc w śniegu przydają się kije trekkingowe, idzie się wówczas nieco lżej.

 

 

Do pokonania mamy dystans ok. 12 kilometrów, naszym celem tego dnia jest Hrafntinnusker. Jest to niewielkie schronisko, w którym można się ogrzać, wysuszyć przemoczone ubrania i zjeść ciepły posiłek w miejscu osłoniętym od wiatru. Nocleg w schronisku zdaje się być islandzkim luksusem. Aby się na niego załapać konieczna jest rezerwacja z przynajmniej rocznym wyprzedzeniem. Przed budynkiem znajduje się również „pole namiotowe”, które nie jest niczym więcej, jak kawałkiem gołej ziemi oczyszczonym z kamieni. My jednak wybieramy nocleg kilka kilometrów dalej, na miękkim mchu, z dala od zatłoczonego schroniska, za to blisko małego strumyczka, z malowniczym widokiem na górskie szczyty. Po powrocie z Islandii zgodnie stwierdziliśmy, że była to jedna z przyjemniejszych miejscówek, gdzie dane było nam się rozbić w tym kraju 🙂

 

 

Następnego dnia otoczenie zaczęło robić się jeszcze bardziej odludne niż dotychczas. Bo oto dotarliśmy na wulkaniczną pustynię. W międzyczasie do pokonania mieliśmy pierwszą rzekę (z trzech). Woda w tym czasie sięgała nam mniej więcej do połowy uda. Jako że są to rzeki lodowcowe, można powiedzieć, iż nasze nogi skorzystały z darmowej krioterapii 🙂 Te kilkanaście sekund w zaledwie kilku stopniach powyżej zera skutecznie regeneruje zmęczone kończyny 🙂 Do pokonania tego dnia znów kolejne 12 km. Sceneria już zupełnie inna, ale nie mniej zachwycająca. Zanim dotarliśmy do schroniska Álftavatn, mnie osobiście niesamowicie zachwyciły czarne szczyty przykryte gdzieniegdzie delikatną, zieloną kołderką. Na jednym z nich zauważyliśmy nawet napis LOVE 🙂

 

 

 

Kolejne schronisko pozwala zjeść ciepły posiłek – nasz biwakowy standard, czyli kaszę z suszonym mięsem i warzywami. Nabieramy sił i idziemy dalej, aby móc rozbić się bardziej na dziko. Śpimy zaledwie kilka kilometrów dalej, zbędne okazują się wszelkie maty samopompujące, bo rozbijamy się na mega grubej warstwie mchu. A bieganie po nim boso z rana – bezcenne…

 

 

Do końca trekkingu czyli Þórsmörk mamy jeszcze 30 km. Kolejny dzień to kolejne rzeki do przejścia (na szczęście przy niektórych rzekach stoją ruchome mosty) i coraz więcej zieleni wokół nas 🙂 Z czasem pojawiły się nawet drzewa (tak, na Islandii można jednak je znaleźć). Mijamy chatki w Botnar i schronisko Ermstrur (stąd podobno odjeżdżają autobusy do Þórsmörk). Obok nas w oddali widać zarys wulkanu Eyjafjallajökull. Im więcej drzew i innej roślinności tym bliżej mety jesteśmy 🙂

 

 

Kiedy dotarliśmy do Þórsmörk, zmęczeni ale szczęśliwi, pierwsze co rzuciło nam się w oczy to… chatki dla elfów 🙂 Dla spragnionych większej ilości wrażeń istnieje możliwość kontynuowania trekkingu aż do Skógar (o kolejne 20 km). Jednak trasa ta jest już bardziej wymagająca ze względu na duże ilości śniegu po drodze. My postanowiliśmy zakończyć naszą przygodę w Tęczowych Wzgórzach w Þórsmörk i stąd dostać się stopem do krajowej „jedynki”. Niestety pomysł ten okazał się niewykonalny ze względu na absolutny brak jakichkolwiek aut w pobliżu. Jedyna opcja, jaka nam pozostała to czekanie na autobus, który nieco nadszarpnął nasz budżet. Za przejechanie ok. 20 km (fakt, że autobus musiał pokonać niełatwą trasę, nierzadko dosłownie przejeżdżając przez rzeki) zapłaciliśmy ok. 120 zł/os.

 

 

Aby podsumować cały trekking można użyć jednego słowa: WARTO! Dla nas była to najpiękniejsza przygoda w górach, jaką dane nam było przeżyć. To właśnie w Landmannalaugar Islandia oczarowała nas najbardziej i chyba od tego momentu zaczęliśmy powoli zakochiwać się w tym kraju. Trzy dni z dala od wszelkich bodźców życia codziennego, tak blisko natury, że bliżej się już chyba nie da i do tego z widokami zapierającymi dech w piersiach. Dodatkowo mieliśmy ogromne szczęście, bo pogoda była naszym sprzymierzeńcem. Ale jeśli zdecydujecie się na podobną wędrówkę bądźcie czujni, ponieważ islandzka pogoda bywa bardzo kapryśna. Pamiętajcie, na Islandii nie ma złej pogody, są tylko złe ubrania 🙂

 

Poniżej parę wskazówek dla tych, którzy wybierają się na szlak Laugarvegur:

– jeśli podróżujecie po Islandii samochodem, lepiej porzućcie je w Reykjaviku, aby do Landmannalaugar dojechać np. autobusem

– dobrym pomysłem jest zaopatrzenie się w kije trekkingowe, dzięki nim możemy odciążyć nasze kolana

– upewnijcie się, że macie wystarczający zapas kartuszy, na szlaku nie ma możliwości ich zakupu

– odzież termalna, przeciwdeszczowa i przeciwwiatrowa to podstawa

– nie dźwigajcie hektolitrów wody, lepiej zabrać ze sobą puste butelki i napełniać je po drodze, islandzka woda uznawana jest za najczystszą w Europie

– bądźcie przygotowani na przechodzenie przez rzeki lodowcowe, co prawda temperatura wody jest ekstremalnie niska, za to daje niesamowitą ulgę zmęczonym nogom

– pamiętajcie o energetycznych przekąskach na szlaku

– bardzo przydatny jest serwis pogodowy vedur.is, sprawdzalność prognozy na wysokim poziomie, potwierdzamy 🙂

 

 

I na koniec ciekawostka. Co roku w lipcu organizowany jest Laugavegur Ultra Marathon. Jego trasa biegnie dokładnie tak, jak nasz trekking, w sumie 55 km. Ponoć są śmiałkowie, którzy przebiegają cały szlak w… 4 godziny!!!