Gruzja, rzekłoby się, to taki trochę kraj kontrastów, a trochę skansen na pograniczu Europy i Azji. W wielu miejscach czas jakby się tam zatrzymał. Kraj targany w przeszłości wieloma konfliktami, mający trudne relacje ze swoim rosyjskim sąsiadem. Mimo to, Gruzja to również miejsce, gdzie spotkasz niezwykle otwartych ludzi, o czym niejednokrotnie przekonaliśmy się w czasie naszego ostatniego pobytu w tym kraju.

Tegoroczną majówkę zaplanowaliśmy dość spontanicznie. Udało nam się zdobyć dość tanie bilety z Katowic do Kutaisi (tutaj znów polecamy wykupienie Wizz Discount Club, to się naprawdę opłaca 🙂 ). Plan był taki, lecimy na tydzień, ile się uda zobaczyć to nasze, bez żadnej spinki i bez… zarezerwowanych noclegów. I jak najbardziej polecamy takie rozwiązanie, gdyż ze znalezieniem noclegu nie mieliśmy żadnego problemu. Co więcej, to noclegi tak naprawdę szukały nas 😉 Fakt, że byliśmy jeszcze przed sezonem, ale co by nie mówić, Gruzja jest teraz bardzo otwarta na turystów, a spora część Gruzinów poczuła żyłkę do interesów i bez problemu możemy znaleźć nocleg nie tylko w hotelach, ale też w licznych kwaterach prywatnych.

Do Kutaisi przylatujemy nad ranem. W samolocie spotykamy znajomych (taki ten świat mały), z którymi zabieramy się taksówką w kierunku Tbilisi. Przy dwóch osobach bardziej opłaca się jechać marszrutką (to taki typowy, gruziński środek lokomocji, bardzo tani na dłuższych dystansach, jednak dużo mniej wygodny od taksówki). Taksówka ma jednak inne zalety – kierowca zawiezie Cię tam gdzie chcesz, zaczeka, aż nacieszysz oczy swojskimi widokami, odkryje przed Tobą miejsca znane tylko lokalsom, a nawet poczęstuje winem własnej roboty (!). Jadąc z Kutaisi na wschód zahaczamy o miejscowość Gori, znaną głównie z muzeum Stalina. Jednak o wiele bardziej wolimy przejść się lokalnym targiem, na którym zdecydowanie czuć klimat dawnych lat. A na nim dosłownie i w przenośni – mydło i powidło. Obok kurczaków za 5 lari (1 LAR = 1,60 zł) znajdziemy miotełki i szary papier, ale najbardziej osobliwym widokiem były świńskie głowy, a tuż za nimi bogato zdobione torty…

 

 

Po drodze zatrzymujemy się również przy minipiekarniach, w których na naszych oczach wypiekane są charakterystyczne gruzińskie chleby. Sposób wypieku jest bardzo ciekawy – wyrobione placki dosłownie rzuca się na ścianki pieca opalanego węglem, odczekuje 5 minut, aby następnie móc zeskrobać gotowe chleby. Co zrobić z tymi wolnymi pięcioma minutami? Toż to szmat czasu jest… wypijmy zatem za owocne wypieki! A toast wznosimy gruzińską czaczą, którą to zostaliśmy poczęstowani przez naszą piekarkę o 6 nad ranem 🙂

 

 

Że Gruzja czaczą stoi przekonujemy się później jeszcze nie raz. Ale po kolei. Naszym celem pierwszego dnia jest Stepancminda (Kazbegi), mała miejscowość położona w górach, z której to możemy podziwiać majestatyczny i ponoć kapryśny szczyt Kazbek. O jego zadziornym charakterze doniósł ostatnio Łukasz Supergan, któremu niestety nie udało się zdobyć najwyższego punktu Kaukazu. Więcej o jego gruzińskiej przygodzie tutaj.

Będąc w Kazbegi nie można pominąć klasztoru Cminda Sameba. Wiedzie do niego dość łatwe podejście, które zajmuje ok. 1-1,5 h. Na gruzińskich szlakach raczej lokalsów nie uświadczysz. Za to ich wszędobylskie jeepy oferujące podwózkę na szczyt będą Ci towarzyszyć na każdym kroku. Nie żeby Gruzini cenili sobie wygodę, o nie. Turyści pachną pieniądzem, wiadomo.

 

 

Do wspomnianego klasztoru można wejść dwiema ścieżkami. Jednak jeśli nie chcemy wdychać jeep’owych spalin radzimy trzymać się szlaku po lewej stronie idąc w górę (drugą opcją jest wejście przez lasek). Poziom oznakowania szlaków w Gruzji określilibyśmy jako pozostawiający wiele do życzenia, na szczęście często da się iść po prostu na azymut 🙂 Docierając na szczyt naszym oczom ukazuje się Cminda Sameba, widok tak dobrze znany widok z pocztówek i z googla. Po drugiej stronie Kazbek, a gdzieś pomiędzy, rozjeżdżone szlaki i migające przed oczami wspomniane maszyny.

 

 

Wracamy na dół. Na gruzińskich szlakach często towarzyszą nam bezpańskie psy, których jest tutaj na potęgę! A w miasteczku szukamy najbardziej lokalnej knajpki, jaką można tu znaleźć. Zaczynamy naszą eksplorację gruzińskiej kuchni (czyli to, co tygryski lubią najbardziej 🙂 ). Na pierwszy ogień chaczapuri, czyli placek z serem w środku, bardziej wypasiona wersja adżarska ma jeszcze surowe jajko na wierzchu. Można go dostać na każdym kroku, w restauracjach ale też w wersji na wynos np. jako przekąska na drogę. Taki placek jest bardzo zapychający i oboje zgodnie stwierdziliśmy, że przez tydzień nasze brzuchy to zniosą, ale nie dłużej 😉

 

 

Kolejna rzecz, która skradła nasze podniebienia to bakłażany w różnej postaci. Szczególnie podpasowało nam badridżani czyli bakłażanowe zawijaski z pastą orzechową i granatem. Wersja grillowana z czosnkiem też niczego sobie 🙂

 

 

Khinkali to tradycyjne gruzińskie sakiewki z rosołkiem w środku i odrobiną mięsa. Aby zjeść taką sakiewkę powinno się nagdryźć jej kawałek i wypić w pierwszej kolejności zupkę ze środka. Nadzieniem khinkali może być też ser, ziemniaki czy grzyby.

 

 

Zasmakował nam też ser sulguni. Często jest on głównym składnikiem innych gruzińskich potraw, ale sam w wersji smażonej jest również bardzo smaczny (i niestety bardzo kaloryczny). Lekko słony o elastycznej konsystencji. Jeśli będziecie w Uszguli (o której będziemy pisać później) koniecznie zajrzyjcie do knajpy Koshki. To właśnie tam sulguni tak bardzo przypadło nam do gustu 🙂

 

 

Na myśl o tych wszystkich gruzińskich smaczkach aż ślinka leci 🙂 A tymczasem ze Stepancmindy kierujemy się do stolicy. Bez problemu udaje nam się namówić kierowcę marszrutki, aby zatrzymał się na chwilę w miejscu z widokiem na ośnieżone szczyty Kaukazu. Do Tbilisi docieramy po ok. 2 godzinach i od razu lądujemy na lokalnym targu. Pierwsze co nam się rzuca w oczy to wiszące, charakterystyczne świeczki. Niech Was ten kształt nie zmyli, są to gruzińskie snickersy czyli churczhele. To nic innego, jak orzechy laskowe bądź włoskie nawleczone na nić, zatopione w syropie z winogron z dodatkiem wina.

 

 

Generalnie nie przepadamy za dużymi miastami, ale w Tbilisi czas spędza się bardzo przyjemnie. O kolejnych gruzińskich atrakcjach, nie tylko w stolicy, będziemy pisać w kolejnym poście. Czuwajcie!