Czyli islandzki skansen, gdzie torfowe chatki przyprawiają o dreszcze na skórze. I to nieprawda, że tylko trolle i elfy mieszkają pod pokrytymi trawą dachami.

Jadąc Ring Roadem z Reykjaviku w stronę Akureyri zboczyliśmy z trasy kilka kilometrów na północ w miejscowości Varmahlíð. Tylko po to, by odwiedzić starą islandzką farmę z tradycyjnymi torfowymi domami, których początki sięgają IX wieku. Domy te zamieszkiwane były aż do 1947 roku. Potem zastępowały je drewniane konstrukcje, widoczne na wyspie po dziś dzień. W skład skansenu wchodzi kilkanaście torfowych chat i dwa drewniane budynki, w których aktualnie znajduje się biuro muzealne oraz kawiarnia.

Spacer po skansenie pozwolił nam wyobrazić sobie, jak wyglądało życie Islandczyków przed kilkoma wiekami i dokładnie obejrzeć torfowe konstrukcje porośnięte trawą na dachu. Jak ciężko budowało się schronienia w tamtych czasach możemy się tylko domyślać, wszak na Islandii drewna jak na lekarstwo. A że potrzeba matką wynalazków, chaty opierano na fundamentach z kamieni, ściany budowano z cienkich powłok drewnianych izolowanych torfem, zapewniał on ciepło wewnątrz, a dach pokrywano darnią. Niezwykle ważny był też kąt nachylenia dachu. Zbyt duży sprawiał, że woda deszczowa spływała zbyt szybko, przez co trawa przestawała rosnąć i powstawały w niej dziury. Natomiast zbyt mały powodował, że woda przeciekała do środka.

Mimo, iż byliśmy w Glaumbær jedynie przejazdem, warto było choć na chwilę przenieść się w czasie i oczami wyobraźni zobaczyć islandzkie życie sprzed kilkuset lat. Zobaczcie sami!