Autor: <span class="vcard">shevagabond</span>

Polowanie na zorzę

Polowanie na zorzę

To będzie post o tym, że marzenia się nie spełniają. Marzenia się spełnia! Będzie też o tym, że chyba nie ma niczego piękniejszego niż (dosłownie) tańcząca zorza na niebie!

Jak pilotowaliśmy boeinga!

Jak pilotowaliśmy boeinga!

Jeśli za każdym razem lecąc samolotem marzycie o tym, aby usiąść w kabinie pilotów i dotknąć tych wszystkich pokręteł, guziczków i dźwigni… ba, jeśli sami chcielibyście spróbować poderwać do lotu Boeinga 737 ważącego kilkadziesiąt ton i zobaczyć, jak się steruje takim potworem z żelaza to… […]

Podsumowanie 2017

Podsumowanie 2017

 

Początek każdego roku to czas podsumowań minionych 12 miesięcy. Fajnie powspominać, co nas spotkało, do jakich miejsc mieliśmy okazję dotrzeć, ile planów i założeń udało nam się zrealizować. Trochę nam zajęło, żeby uporządkować chronologicznie każdy wyjazd. Ale od czego jest fejsbuk, instagram, smartfon z niekończącą się pamięcią pełną zdjęć i filmów 😉 I tak, udało nam się kolażowo podsumować miniony rok, który okazał się dla nas niezwykle łaskawy, pozwalając nam odkrywać kolejne zakamarki otaczającego nas świata 🙂

Pierwsze tygodnie stycznia to czas, w którym w Nowy Rok wchodzimy z nową energią, ze świeżymi pomysłami, to też zawsze czas planowania i spisywania postanowień noworocznych. My co roku postanawiamy sobie, że nasz wolny czas będziemy spędzać aktywnie i na ile możemy, staramy się to realizować 🙂 Tak więc począwszy od zimy, sporty zimowe (narty vs. deska) to absolutny must do każdego roku. W zeszłym roku, krótko bo krótko, ale udało nam się spędzić kilka dni w naszych pięknych górach, korzystając ze śniegu ile się dało 🙂

 

 

Luty to niezapomniana przygoda, którą opisywaliśmy tutaj. Festiwal Muzyki Lodowej to jedno z ciekawszych wydarzeń, w którym udało nam się aktywnie uczestniczyć.

 

 

Marzec to szybki wypad do Szkocji i jeszcze szybsza eksploracja okolic Aberdeen. Będąc w tamtych rejonach totalnie urzekła nas ilość zamków niczym z Harry’ego Pottera. Te malownicze tereny sprawiły, że chętnie tam jeszcze wrócimy 🙂 W marcu wybraliśmy się również nad polskie morze. Umówmy się, pogoda w tym czasie nie rozpieszcza, ale czego nie robi się, aby samemu móc złowić świeżutkie dorsze 🙂

 

 

W kwietniu, co roku bierzemy udział w rajdzie rowerowym w okolicach Trzebini pod Krakowem. Tym razem postanowiliśmy ów rajd „zrobić po swojemu”. Przez dwa dni odkrywaliśmy szlaki w Parku Krajobrazowym Dolinek Krakowskich.

 

 

Majówkę spędziliśmy w Gruzji. Był to strzał w dziesiątkę! Nie dość, że bilety niedrogie, pora idealna (nie ma wtedy jeszcze takiego natłoku turystów) to jeszcze te widoki i jedzenie… Gorąco polecamy 🙂

 

 

Czerwiec i lipiec to okres, w którym co roku wyjeżdżamy też na spływy kajakowe. W tym roku padło na Małą Panew w okolicach Opola.

 

Fot. G. Krasoń

 

W lipcu wyskoczyliśmy też na weekend do Kazimierza. Przy okazji festiwalu Kazimiernikejszyn udało nam się też trochę pozwiedzać tamtejsze okolice na rowerach.

 

 

Dodatkowo w lipcu udało nam się również odkryć na rowerach Kaszubską Marszrutę. Ponad 150 km szlaków, przepiękne lasy, słowem bajka 🙂

 

I niech mi ktoś powie, że Polska nie jest pięknym krajem 🙂

 

W sierpniu zdobyliśmy Trolltungę czyli Język Trolla 🙂 Ten trekking był na naszej liście to do od dawna. Dodatkowo, zrobiliśmy też niemniej ciekawy trek pod lodowiec w okolicy miejscowości Odda. Norwegia po raz kolejny udowodniła nam, że mamy po co tam wracać 🙂

 

 

Wrzesień to krótki wypad do Lwowa. Miasto, które totalnie zachwyca i przenosi w czasie. Jesień to zdecydowanie bardzo dobra pora, żeby odwiedzić naszych sąsiadów. Tyle że, niekoniecznie… samochodem 😉 Ale o tym kiedy indziej 🙂

 

 

Październik poświęciliśmy na szukanie inspiracji wyjazdowych. W związku z tym, wzięliśmy udział w targach podróżniczych World Travel Show w Warszawie. Spotkaliśmy naszego ulubionego Olka Dobę, a także wielu innych podróżniczych blogerów. Działo się tyle, że dwa dni to za mało, żeby ogarnąć całe targi. Z pewnością wybierzemy się na kolejną edycję 🙂

 

 

W listopadzie za to mieliśmy swój podwójny debiut!!! Zostaliśmy zaproszeni przez Klub Podróżnicze Inspiracje do Olsztyna, aby opowiedzieć tam o naszej islandzkiej przygodzie. Mało tego, po raz pierwszy wystąpiliśmy w radiu 🙂 Pisaliśmy o tym tutaj. Nie skłamiemy jeśli powiemy, że było to dla nas największe przeżycie minionego roku 😀

 

 

Rok zakończyliśmy na przepięknym Podlasiu. Kolejny raz spędziliśmy tam zimowy weekend i ciągle obiecujemy sobie, że wrócimy tam latem 🙂

 

 

Zatem żegnaj 2017, witaj 2018! Jesteśmy gotowi na nowe przygody!

Jak nas słychać?

Jak nas słychać?

  Halo halo, jak nas słychać?? Jeśli jesteście ciekawi, jak wyglądał nasz debiut w eterze, przesyłamy link do audycji Radiowy Przewodnik Turystyczny w radiu UWM FM.   

Nasz debiut!

Nasz debiut!

Ufff, emocje opadły! A dodać trzeba, że były niemałe… No bo przecież nie codziennie człowiek opowiada o swoich podróżach w audycji radiowej i nie codziennie uczy islandzkiego setkę zajawionych podróżami ludzi.

Spacer po tęczowych górach

Spacer po tęczowych górach

Malowniczo, nieziemsko, tajemniczo, nieprzewidywalnie… tak w skrócie określić można jeden z piękniejszych trekkingów w naszym życiu. Jeśli nie lubisz monotonii na szlaku i z ciekawością wypatrujesz, co kryje się za kolejnym pagórkiem, jeśli w ciągu kilku dni chcesz doświadczyć wszystkich pór roku równocześnie, napawając się widokami zmiennymi jak w kalejdoskopie – szlak Laugavegur to absolutny must-do-visit-and-see w trakcie wyprawy na Islandię.

Naszą wędrówkę postanowiliśmy rozpocząć tradycyjnie, w Landmannalaugar i po 55 km zakończyć ją w Þórsmörk. Samo dotarcie do punktu startu okazało się nie lada wyzwaniem, jako że do pokonania autostopem  mieliśmy ok. 160 km po niezwykle rzadko uczęszczanych drogach. Ring Road przy tym  okazał się  prawdziwą drogową arterią, gdzie podróżowanie na stopa nie stanowiło absolutnie żadnego problemu podczas naszej dwutygodniowej wyprawy do kraju trolli i elfów. Na dotarcie do Landmannalaugar niestety musieliśmy przeznaczyć cały dzień.

Landmannalaugar w wolnym tłumaczeniu znaczy baseny ludu. Kiedy udało nam się już dotrzeć na miejsce, po szybkim posiłku, nie było innej opcji jak wskoczyć do jednego z najpopularniejszych gorących źródeł w tamtym rejonie. Nie ma nic przyjemniejszego od zanurzenia się w naturalnej wannie z wodą o temperaturze ok. 40 stopni w otoczeniu zjawiskowych gór. Nie liczy się hulający dookoła wiatr ani siąpiący w oczy deszcz, w tym momencie czujesz w 100%, że jesteś tu, na Islandii, w często określanej przez nas „księżycowej krainie”.

[Kliknij w zdjęcie aby zobaczyć je w lepszej jakości]

 

Rozleniwienie, w jakie wprawiła nas ta kąpiel, sprawiło, że totalnie straciliśmy poczucie czasu. Na zegarku już 21, a my chcemy jeszcze tego dnia wyjść na szlak, aby móc spędzić noc sam na sam z górami. Tylko góry, nasz namiot i my… no może nie do końca, ale o tym za chwilę. Na szczęście dla nas, latem na Islandii dni są długie, dzięki czemu rozbijanie się przed północą nie stanowi większego problemu.

 

 

 

Pierwsze kilometry przemierzamy przez pola lawowe, krajobraz magiczny, wokół roztaczają się pokryte śniegiem malownicze góry i niesamowite formacje z lawy. Szlak nie jest wymagający i raczej nie będzie do samego końca. Wędrują po nim starsi, jak i młodsi, a także rodziny z dziećmi. Po niespełna dwóch godzinach znajdujemy idealne miejsce na noc. Rozbijamy się na wszędobylskim mchu, otoczeni skałami lawowymi, pod którymi swoje domy MOGĄ mieć… elfy. Tak, historii o tzw. hidden people nie da się nie słyszeć w trakcie pobytu na Islandii. Islandczycy zdają się autentycznie w nie wierzyć. Nie sposób nie usłyszeć opowieści, jak to w trakcie poszerzania drogi prowadzącej do Reykjaviku okazało się, że będzie ona przechodzić przez dom (czyt. ogromny kamień) elfów. Na Islandii nie dziwi fakt, iż budowlańcy zmuszeni byli w delikatny sposób (po „negocjacjach” z elfami) przenieść głaz w inne miejsce, a konkretnie do stolicy kraju, gdzie stoi po dziś dzień 🙂 Trzeba przyznać, że Islandia jest niezwykle ciekawym krajem, z licznymi anegdotami charakteryzującymi jej mieszkańców i ich obyczaje. Wiele z nich można poznać w trakcie Free Guided Tour w Reykjaviku, który szczerze polecamy! Pisaliśmy o nim tutaj.

 

 

Ale wróćmy do naszego trekkingu. Pierwsza noc – spędzona wśród elfów. Przed przylotem na Islandię opowieści o zjawiskach nadprzyrodzonych wywoływały niedowierzanie i co najwyżej uśmiech na naszych twarzach. W trakcie naszego pobytu na wyspie, co chwilę słyszeliśmy opowieści o ukrytych ludziach. Wiarygodnie brzmiące w ustach Islandczyków sprawiły, że sami zaczęliśmy w nie wierzyć i nieraz złapaliśmy się na tym, że we wszechobecnych lawowych rzeźbach widzieliśmy postaci trolli 🙂 Tej nocy dziwnie brzmiące odgłosy dochodzące spoza namiotu przywoływały tylko jedną myśl: chyba zajęliśmy czyjeś terytorium…. 🙂 Do dzisiaj nie wiemy, kto nam towarzyszył tej nocy i niech to zostanie naszą słodką, islandzką tajemnicą 😉

 

Kolejnego dnia otaczają nas ciepłe barwy ryolitowych gór zwanych „Tęczowymi Wzgórzami”. Dookoła feeria barw – widok nieziemski! Pomarańczowo-żółto-brązowe szczyty, gdzieniegdzie śnieżne połacie, a między nimi solfatary, czyli gorące wyziewy z wnętrza ziemi i błotne kociołki, wszystko to ciągnące się aż po horyzont – po prostu islandzka bajka, z której nie chce się wracać. Brodząc w śniegu przydają się kije trekkingowe, idzie się wówczas nieco lżej.

 

 

Do pokonania mamy dystans ok. 12 kilometrów, naszym celem tego dnia jest Hrafntinnusker. Jest to niewielkie schronisko, w którym można się ogrzać, wysuszyć przemoczone ubrania i zjeść ciepły posiłek w miejscu osłoniętym od wiatru. Nocleg w schronisku zdaje się być islandzkim luksusem. Aby się na niego załapać konieczna jest rezerwacja z przynajmniej rocznym wyprzedzeniem. Przed budynkiem znajduje się również „pole namiotowe”, które nie jest niczym więcej, jak kawałkiem gołej ziemi oczyszczonym z kamieni. My jednak wybieramy nocleg kilka kilometrów dalej, na miękkim mchu, z dala od zatłoczonego schroniska, za to blisko małego strumyczka, z malowniczym widokiem na górskie szczyty. Po powrocie z Islandii zgodnie stwierdziliśmy, że była to jedna z przyjemniejszych miejscówek, gdzie dane było nam się rozbić w tym kraju 🙂

 

 

Następnego dnia otoczenie zaczęło robić się jeszcze bardziej odludne niż dotychczas. Bo oto dotarliśmy na wulkaniczną pustynię. W międzyczasie do pokonania mieliśmy pierwszą rzekę (z trzech). Woda w tym czasie sięgała nam mniej więcej do połowy uda. Jako że są to rzeki lodowcowe, można powiedzieć, iż nasze nogi skorzystały z darmowej krioterapii 🙂 Te kilkanaście sekund w zaledwie kilku stopniach powyżej zera skutecznie regeneruje zmęczone kończyny 🙂 Do pokonania tego dnia znów kolejne 12 km. Sceneria już zupełnie inna, ale nie mniej zachwycająca. Zanim dotarliśmy do schroniska Álftavatn, mnie osobiście niesamowicie zachwyciły czarne szczyty przykryte gdzieniegdzie delikatną, zieloną kołderką. Na jednym z nich zauważyliśmy nawet napis LOVE 🙂

 

 

 

Kolejne schronisko pozwala zjeść ciepły posiłek – nasz biwakowy standard, czyli kaszę z suszonym mięsem i warzywami. Nabieramy sił i idziemy dalej, aby móc rozbić się bardziej na dziko. Śpimy zaledwie kilka kilometrów dalej, zbędne okazują się wszelkie maty samopompujące, bo rozbijamy się na mega grubej warstwie mchu. A bieganie po nim boso z rana – bezcenne…

 

 

Do końca trekkingu czyli Þórsmörk mamy jeszcze 30 km. Kolejny dzień to kolejne rzeki do przejścia (na szczęście przy niektórych rzekach stoją ruchome mosty) i coraz więcej zieleni wokół nas 🙂 Z czasem pojawiły się nawet drzewa (tak, na Islandii można jednak je znaleźć). Mijamy chatki w Botnar i schronisko Ermstrur (stąd podobno odjeżdżają autobusy do Þórsmörk). Obok nas w oddali widać zarys wulkanu Eyjafjallajökull. Im więcej drzew i innej roślinności tym bliżej mety jesteśmy 🙂

 

 

Kiedy dotarliśmy do Þórsmörk, zmęczeni ale szczęśliwi, pierwsze co rzuciło nam się w oczy to… chatki dla elfów 🙂 Dla spragnionych większej ilości wrażeń istnieje możliwość kontynuowania trekkingu aż do Skógar (o kolejne 20 km). Jednak trasa ta jest już bardziej wymagająca ze względu na duże ilości śniegu po drodze. My postanowiliśmy zakończyć naszą przygodę w Tęczowych Wzgórzach w Þórsmörk i stąd dostać się stopem do krajowej „jedynki”. Niestety pomysł ten okazał się niewykonalny ze względu na absolutny brak jakichkolwiek aut w pobliżu. Jedyna opcja, jaka nam pozostała to czekanie na autobus, który nieco nadszarpnął nasz budżet. Za przejechanie ok. 20 km (fakt, że autobus musiał pokonać niełatwą trasę, nierzadko dosłownie przejeżdżając przez rzeki) zapłaciliśmy ok. 120 zł/os.

 

 

Aby podsumować cały trekking można użyć jednego słowa: WARTO! Dla nas była to najpiękniejsza przygoda w górach, jaką dane nam było przeżyć. To właśnie w Landmannalaugar Islandia oczarowała nas najbardziej i chyba od tego momentu zaczęliśmy powoli zakochiwać się w tym kraju. Trzy dni z dala od wszelkich bodźców życia codziennego, tak blisko natury, że bliżej się już chyba nie da i do tego z widokami zapierającymi dech w piersiach. Dodatkowo mieliśmy ogromne szczęście, bo pogoda była naszym sprzymierzeńcem. Ale jeśli zdecydujecie się na podobną wędrówkę bądźcie czujni, ponieważ islandzka pogoda bywa bardzo kapryśna. Pamiętajcie, na Islandii nie ma złej pogody, są tylko złe ubrania 🙂

 

Poniżej parę wskazówek dla tych, którzy wybierają się na szlak Laugarvegur:

– jeśli podróżujecie po Islandii samochodem, lepiej porzućcie je w Reykjaviku, aby do Landmannalaugar dojechać np. autobusem

– dobrym pomysłem jest zaopatrzenie się w kije trekkingowe, dzięki nim możemy odciążyć nasze kolana

– upewnijcie się, że macie wystarczający zapas kartuszy, na szlaku nie ma możliwości ich zakupu

– odzież termalna, przeciwdeszczowa i przeciwwiatrowa to podstawa

– nie dźwigajcie hektolitrów wody, lepiej zabrać ze sobą puste butelki i napełniać je po drodze, islandzka woda uznawana jest za najczystszą w Europie

– bądźcie przygotowani na przechodzenie przez rzeki lodowcowe, co prawda temperatura wody jest ekstremalnie niska, za to daje niesamowitą ulgę zmęczonym nogom

– pamiętajcie o energetycznych przekąskach na szlaku

– bardzo przydatny jest serwis pogodowy vedur.is, sprawdzalność prognozy na wysokim poziomie, potwierdzamy 🙂

 

 

I na koniec ciekawostka. Co roku w lipcu organizowany jest Laugavegur Ultra Marathon. Jego trasa biegnie dokładnie tak, jak nasz trekking, w sumie 55 km. Ponoć są śmiałkowie, którzy przebiegają cały szlak w… 4 godziny!!!

 

 

 

 

 

 

 

5 rzeczy, które musisz zrobić w Reykjaviku

5 rzeczy, które musisz zrobić w Reykjaviku

Będąc na Islandii nie da się ominąć stolicy tego kraju. Aby dostać się z lotniska na tzw. Ring Road, czyli drogę nr 1 okalającą całą wyspę, chcąc nie chcąc lądujemy w Reykjaviku. I warto, bo miasto ma wiele do zaoferowania. Poniżej prezentujemy nasz subiektywny wybór, co […]

Smaczki Gruzji cz. 1

Smaczki Gruzji cz. 1

Gruzja, rzekłoby się, to taki trochę kraj kontrastów, a trochę skansen na pograniczu Europy i Azji. W wielu miejscach czas jakby się tam zatrzymał. Kraj targany w przeszłości wieloma konfliktami, mający trudne relacje ze swoim rosyjskim sąsiadem. Mimo to, Gruzja to również miejsce, gdzie spotkasz […]

Wulkany Islandii

Wulkany Islandii

O tym, że Islandia leży na granicy dwóch płyt tektonicznych mogliście poczytać tutaj. Płyty te przesuwają się o 2,5 cm każdego roku. To właśnie z tego powodu kraj ten charakteryzuje wysoka aktywność wulkaniczna. Co ciekawe, szacuje się, że w ciągu ostatnich 500 lat, na samej wyspie, z wulkanów wylała się ilość lawy równa połowie ilości lawy z erupcji wszystkich innych wulkanów na świecie!

(więcej…)

Nocleg na półce

Nocleg na półce

Jeśli nie macie pomysłu na majówkę czy inny weekendowy wypad, mamy dla Was propozycję: trekking na Pulpit Rock, czyli przed Wami opowieść, jak to nam fiordy z ręki jadły 🙂