Norwegia ma dwie główne zalety, jest piękna i na wyciągnięcie ręki. Do Oslo dolecieć można już w niecałe półtorej godziny, a ceny biletów u przewoźników niskobudżetowych nie nadszarpną mocno naszej kieszeni (co innego koszty życia na miejscu 🙂 ). Co więcej, okazuje się, że w kraju tym nie brakuje ciekawych wydarzeń kulturalnych. O jednym z nich dowiedzieliśmy się całkiem niedawno i od razu znalazł się on na naszej liście TO DO/TO SEE! Mowa o Festiwalu Muzyki Lodowej. Odbywa się on raz w roku, kiedy to księżyc wchodzi w pełnię pierwszy raz po Nowym Roku. W tym roku miało to miejsce między 9 a 12 lutego.

Nie ukrywam, że jechaliśmy do Geilo (czyt. Jajlo) trochę podekscytowani. Uwielbiamy Norwegię, ale nigdy wcześniej nie byliśmy tam zimą. Nawiasem mówiąc, myśleliśmy też, że może uda nam się upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i w końcu zobaczymy na własne oczy choć kawalątek zorzy polarnej. To nic, że dużo większe prawdopodobieństwo trafienia na zorzę byłoby na północy Norwegii. W rejonach, gdzie położone jest Geilo, również zdarza się ją zobaczyć. Niestety, w tym przypadku mieliśmy pecha 🙁 Ale jak to mówią, co się odwlecze…

Po Norwegii latem zazwyczaj poruszamy się autostopem i jak dotąd, nigdy nie mieliśmy z tym problemu. Tak też miało być i tym razem. Początek był całkiem niezły. Dość szybko udało nam się oddalić od lotniska. Dalej już nie było tak różowo, a to za sprawą niezbyt dobrej lokalizacji, w której się znajdowaliśmy. Do punktu docelowego mieliśmy ponad 200 km, czas nie był naszym sprzymierzeńcem i szybko zaczęło się ściemniać. Udało nam się dotrzeć na dworzec kolejowy, gdzie podjęliśmy decyzje, iż dajemy sobie spokój ze stopem i wsiadamy w pociąg. I tak, o godzinie 3:30 nad ranem, w Geilo przywitał nas dwudziestopięciostopniowy mróz 😀 Nie powiem, dawno śnieg mi tak nie skrzypiał pod butami…

Następnego dnia ruszyliśmy do centrum miasteczka, gdzie przygotowania do festiwalu szły pełną parą. Przygotowywany jest on w dużej mierze przez wolontariuszy z różnych krajów, w tym z Polski 🙂 Jedną z najciekawszych części festiwalu jest tworzenie instrumentów z lodu.

Zagadka: jaka ilość lodu jest potrzebna do przygotowania takiego festiwalu? Dodam, że oprócz instrumentów, lód był użyty również do zrobienia sceny i dekoracji. Odpowiedzi piszcie w komentarzach 🙂

Co więcej, rzecz w tym, aby ten lód był odpowiedni, czyli niezanieczyszczony i bez bąbelków powietrza w środku, które mogłyby tłumić dźwięki. Podczas tych kilku dni byliśmy świadkami tworzenia m.in. marimby, saksofonu, kontrabasu, bębnów, gitary i wielu innych instrumentów. Wszystko (prawie) 100% made of ice 🙂 Bohaterem tegorocznej edycji był wspomniany już saksofon oraz narodowy instrument Finlandii – kantele. Te instrumenty były robione po raz pierwszy z tak delikatnego materiału, jakim jest lód. Zdarzało się, że instrumenty nie chciały współpracować, więc trzeba było je robić od nowa, albo rozstrajały się tuż przed występem.

Koncerty odbywały się w specjalnie zbudowanych igloo oraz na scenie „pod chmurką”. Każdy z nich trwał ok. 30-40 minut. Był to optymalny czas, gdyż niemal dwudziestostopniowy mróz wieczorami dawał się we znaki. Występy zainaugurowała grupa studentów, która sama zbudowała swoje, dość nietypowe, instrumenty. Niektóre z nich ciężko nazwać, w ich tworzeniu panowała pełna dowolność. Był więc róg służący do śpiewania, była misa z lodowymi kulkami, był też instrument przypominający gitarę. Koncerty w igloo były bardzo kameralne, gdyż samo igloo jest w stanie pomieścić ok. 40 osób. Co innego występy na scenie. Tam, publiczność siedziała na specjalnie wyciętych w śniegu piłą łańcuchową „ławkach”. Same koncerty to istne widowiska świetlno-dźwiękowe. A wśród artystów m.in. wybitny muzyk jazzowy z Polski – Grzech Piotrowski, Terje Isungset – muzyk z Geilo i zarazem ojciec festiwalu, lodowy pasjonat, towarzyszyła mu obdarzona przepięknym głosem Maria Skranes. Na scenie wystąpiły również artystki z Finlandii, które grą na kantele przybliżyły nam trochę kulturę tego kraju. Publiczność rozruszał również młody zespół z Norwegii o nazwie Fieh (osobiście polecam przesłuchanie ich na Soundcloudzie). Ale absolutnym szokiem i zaskoczeniem był norweski artysta Polkabjørn, który nie dość, że jodłował to jeszcze wyczyniał ze swoim głosem takie rzeczy, że szczęki nam opadły 😀

Gdybym miała podsumować Ice Music Festival określiłabym go jako… lodowy jam session 🙂 Każdy koncert różnił się od siebie, każdy z nich zawierał nutkę improwizacji. Niesamowitym przeżyciem było też uczestniczenie w procesie tworzenia lodowych instrumentów i poznanie ludzi, którzy z lodu potrafią zrobić naprawdę wszystko. Choć cała impreza nie należy do najtańszych, dla wymagających melomanów może być to ciekawe doświadczenie. Jeśli jesteście zainteresowani przyszłoroczną edycją, ruszyła już przedsprzedaż biletów, tańszych o 20% 🙂 Szczegóły możecie znaleźć tutaj.

Poniżej fotorelacja z tych kilku dni.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Lodowe kantele:

Gitara w kształcie gwiazdy:

Marimba:

Kontrabas:

Saksofony:

Proces tworzenia instrumentów:

 

 

1

 

SAMSUNG CSC

Koncerty:

 

 

 

 

 

 

 

Igloo:

 

 

 

Sami też rzeźbiliśmy w lodzie 🙂

Śnieżne hulajnogi 🙂